niedziela, 29 czerwca 2014

dreszcze i te sprawy

Miałam kiedyś maszynę do pisania. Dość krótko – zastąpił ją używany komputer po koleżance ze studiów. Teraz w ogóle nie ma o czym mówić, bo potrzeba szybko i łatwo, ale... czasem nachodzi mnie nostalgia. Bo pamiętam. Ten dźwięk – przyjazne szczekanie klawiszy. To uczucie nowego początku – lekkie uderzenie palców puszczające w ruch wózek z wałkiem, na miejsce, od nowa, na początek kolejnego wersu. Uwielbiałam wstawać o świcie, latem. Moi sąsiedzi musieli mnie nienawidzić, bo o piątej rano maszynowe staccato niosło się dobitnie, daleko przez otwarte okno, obijając o mury starej kamienicy, wślizgując pod cudze firanki, unoszone porannym wiatrem, niosącym jeszcze odrobinę chłodu i wytchnienia przed nieznośnym upałem.
Mogłam usiąść bez pomysłu – samo się myślało, samo pisało.

Natknęłam się dziś na wzruszające fotografie, poruszające jakieś skryte struny/strony. Co gorsza, zachciało mi się palić! Bo to chyba oczywiste – pisarka musi palić...

Carson McCullers in 1961

Cała reszta tutaj:


niedziela, 9 lutego 2014

zasada synchroniczności

Zaczynasz o czymś myśleć, poświęcać na to czas i energię, i nagle zaczyna się dziać coś dziwnego. Widzisz coraz więcej. Dostajesz odpowiedzi. Tak, jakby świat tylko czekał na sygnał, żeby cię uszczęśliwić, choć czasem to, co cię pochłania wcale nie jest milusie. Wypowiadasz życzenie – czasem nawet nie wiesz, że wypowiadasz, że to ma jakąkolwiek moc, że ktoś/coś cię słucha – i tadam, proszę bardzo, oto otwiera się furtka albo wręcz brama. To nie całkiem takie coś, jak wtedy, gdy zachodzisz w ciążę, której wcale nie planujesz i o której nie myślisz, i nagle odkrywasz, że świat pełen jest ciężarnych kobiet i rodziców z niemowlętami. Nie chodzi o taki rodzaj odkrycia. To raczej odpowiedź na twoje potrzeby (choć mam podejrzenie, że zawsze musi w nich być jakiś element „usługowy”, te potrzeby mają, choćby i w dalszej przyszłości, służyć innym, ty, z tymi nowo nabytymi umiejętnościami masz okazać, może jeszcze nie teraz, swoją przydatność). Chcesz jeździć samochodem, potrzebujesz tej niezależności, więc dostajesz na urodziny bon o wartości 1/3 kursu na prawo jazdy. A za trzy miesiące twój znajomy sprzedaje za bardziej niż przystępną cenę świetnie utrzymany samochód swojej mamy, bo mama już nie będzie jeździć. Przypadek? Powiedzmy. Jung nazywał to zasadą synchroniczności. Czasem nie mogę powstrzymać śmiechu, gdy dostaję taki prezent, pomoc, wskazówkę.

*

Siadam do pisania kolejnej książki, choć precyzyjniej byłoby powiedzieć, że się przymierzam, bo proces jest długotrwały, i natrafiam na rozterki i rozmyślania innych piszących. Lubię to. Lubię dostawać odpowiedzi na niezadane na głos pytania. Albo chociaż sygnał, że nie jestem sama. To niezwykle wspierające.

Pisanie to pewien rodzaj przymusu. Być może jest ono nawet jakimś zaburzeniem psychicznym. Jeśli dni mijają mi „na sucho”, czyli bez pisania i poprawiania zdań, zaczynam dryfować w kierunku szpitala psychiatrycznego. Przez wszystkie lata opieki nad Nancy nie opuszczał mnie zapał, by stworzyć coś, co dałoby się sprzedać; jednakże oprócz pisanych okazyjnie artykułów potrzeba ta nie wypełniła się treścią. Miałam już za sobą początkowy etap kariery – okres, w którym tworzyłam niezłą literaturę faktu – a potem długą przerwę na wychowywanie dzieci; można więc było się spodziewać, że teraz już zdołam wyjść na prostą i napiszę powieść. I na pierwszy rzut oka okazałam się ogromnie, wręcz stuprocentowo skuteczna: powstały dwie i pół powieści. Pisałam je w pośpiechu, myśląc, że zarobię na tym jakieś pieniądze (co jest niemalże gwarancją niepowodzenia). Te dwie, które skończyłam, były złe, powierzchowne, nabite frustracją jak maczuga ćwiekami. Połówka nadal pozostaje połówką, zatrzymała się, zablokowała. Muza mnie opuściła. Odeszła całkiem nagle, choć już od pewnego czasu nie układało się między nami najlepiej. Od tamtej pory jedynie o swojej teściowej potrafiłam jeszcze pisać z jakąkolwiek dozą namiętności czy przekonania. W tych czarnych dniach blokady twórczej pisanie o niej dodawało mi sił. Mówiąc brutalnie, był to mój sposób na uniknięcie załamania.
Andrea Gillies, Opiekunka

poniedziałek, 20 stycznia 2014

spokój, cisza, bezruch

Lubię cmentarze, jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi. W dużym, nastawionym na rozrost i zysk mieście stary cmentarz wydaje się jedynym miejscem nie do ruszenia, nie do przesunięcia, nie do sprzedania. Kiedyś budowane na obrzeżach ludzkich skupisk, dziś leżą niemal w ich centrum. Dla kogoś takiego jak ja są lepsze niż pełen ludzi, dzieci i psów park. Spokój, cisza, bezruch. A jeśli do tego spadnie śnieg, otuli wytłumiającą pośpiech i pożądanie przedmiotów warstwą, to już w ogóle mam raj. Tam lubię być. Jakby się zastanowić – a właśnie to robię – to właściwie dość smutne, że muszę celowo szukać wyciszenia, że muszę za tym chodzić. Dość desperackie, że szukam właśnie w takich miejscach. Fantastyczne, że w ogóle znajduję. 

środa, 25 grudnia 2013

zupełnie inne święta

Napisałam dla pewnej redakcji tekst o świętach, a raczej o tym, jak spróbować ominąć bożonarodzeniowe pułapki. Żeby nie być gołosłowną, postanowiłam swoje pomysły sprawdzić na żywym organizmie - moim własnym. Wyszło... hm, trochę inaczej, niż myślałam. Wyszło tak, że odkryły się przede mną kolejne pola doświadczalne - na kolejne święta. Cały tekst, choć już leciutko wczorajszy, tutaj. 


*

Są to na pewno zupełnie inne święta niż wszystkie dotychczasowe w moim życiu. Nie tylko dlatego, że wyłamałam się z męczącej, rok za rokiem coraz bardziej, tradycji przyjazdu, sprzątania, szykowania, uśmiechania się i... dość pospiesznego wyjazdu (żeby już być u siebie). Nie tylko dlatego, że nie spędzam ich z rodziną. Może ma to coś wspólnego z pogodą - tak dziwną o tej porze roku? Prawdziwe i najważniejsze powody zapewne odkryję za jakiś czas, gdy nabiorę potrzebnego dystansu, gdy Boże Narodzenie 2013 będzie wspomnieniem. Póki jeszcze nie jest - życzę Wszystkim poczucia tych Świąt. Bo jedno, co się nie zmieniło mimo innych okoliczności i szerokości geograficznej, to ogromna potrzeba narodzenia, nowego początku.  

środa, 6 listopada 2013

prawie jak nowa

Dostałam właśnie przesyłkę z nowiutkim, świeżutkim, cieplutkim drugim wydaniem! Pachnący (książka musi odpowiednio pachnieć, to oczywiste) stosik piętrzy się wdzięcznie, a przy okazji dość skutecznie motywuje. Nie wiem czy to nowa okładka sprawia, że książka wydaje mi się całkiem nową książką, ale to poczucie niezwykle mi się podoba! Chcę więcej...


piątek, 23 sierpnia 2013

o mnie, o książce

Mika Dunin


Przeszłam długą i bolesną drogę od społecznego jamochłona do… trochę bardziej świadomej i mniej zapatrzonej w siebie i egoistycznej formy istnienia. Wiem, że to nie koniec mojej drogi, choć nie mam pojęcia, co jest na tym końcu. A nawet – co jest za następnym zakrętem. Ale nauczyłam się czerpać z doświadczenia innych ludzi (choć wcale nie miałam na to ochoty – przecież byłam taka wyjątkowa, kto mógłby mi cokolwiek wartościowego pokazać?) i wiem, że również z mojego doświadczenia ktoś może skorzystać. Jeśli będzie chciał. Jeśli będzie choć odrobinę mądrzejszy, a może po prostu bardziej zdesperowany, niż ja byłam.

czwartek, 22 sierpnia 2013

o sztuce tracenia

Tracić i rujnować w życiu można dużo i na dowolnym gruncie. Marnować relacje, znajomości, przyjaźnie, miłości. Talenty, możliwości, szanse i okazje. Na różne sposoby. Połowicznie i ostatecznie. W rujnowaniu i traceniu można się wręcz zatracić. Stworzyć z niego sposób na życie.Niekiedy utrata się przydaje. Uwolnieni od ciężaru możemy pójść do przodu, ujrzeć rzeczy w nowym świetle, rozwinąć się. Choć dziwnym trafem znikanie z życiowej orbity właśnie tych największych, najbardziej męczących i rujnujących spokój ducha „ciężarów”, wydaje się najbardziej bolesne, rodzi największy opór. Jakim prawem mi to odbierają! Nie zgadzam się! Nie bardzo przy tym wiadomo, jacy „oni” tak krzywdzą oraz co niby ten brak zgody miałby zmienić, ale opór jest i nikt nie zarzuci, że łatwo się poddajesz.Częściej jednak podkopywanie, czy niszczenie więzi i niewykorzystywanie okazji odbywa się nieumyślnie, nieświadomie i niezauważalnie. A gdyby jeszcze ktoś zasugerował, że te nieszczęścia i przykrości „zdarzają się” za naszą sprawą i na nasze własne życzenie… Oj, mogłoby mu się dostać! Można, rzecz jasna, ciągle trwać w pretensjach do losu, obrażać się na cały świat i żyć w przekonaniu, że to „ich” wina. Można z całych sił nie chcieć zobaczyć swojego udziału. Nie ma sprawy, każdy sam wybiera, każdy ponosi konsekwencje. Nawet wtedy, jeśli się na to nie godzi. Albo… przyjąć ewentualność, że sprawy mogą wyglądać trochę inaczej, niż zawsze się wydawało. A potem przeprowadzić mały eksperyment: zmienić, na jakiś czas, swoje postępowanie i po prostu sprawdzić, jak to działa.

*

A jeśli już tracić, to świadomie i z wyboru. Na tym polega ta sztuka.