poniedziałek, 12 stycznia 2015

małe radości dnia codziennego

Kocham język, czczę językoznawstwo. Przepadam za specjalistami z poczuciem humoru.


Czytelnikom Poradni chciałbym życzyć, aby z umiarem używali słów na k... i d..., a także na p... i ch... Język służy m.in. podkreślaniu, że mówiący należy do określonego środowiska, ale chyba trzeba cierpieć na jakiś rodzaj nerwicy, żeby czynić to w każdym zdaniu.


Fragment odpowiedzi prof. Mirosława Bańko (w ramach Poradni językowej) na pytanie dotyczące wulgaryzmów. Całość tutaj.



niedziela, 14 grudnia 2014

zła łatwizna

W tym życiu nic, co może być osiągnięte bez przezwyciężania samego siebie, nie jest tak naprawdę warte posiadania.  
John Main, Ścieżka medytacji

Łatwiej by było zostawić suchy cytat. Nie mierzyć się z interpretacją. Nie musieć wyjaśniać, dlaczego właśnie to zdanie. Ale czy pożyteczniej? 

Całe moje dotychczasowe życie potwierdza jego prawdziwość. Nawet jeśli dostawałam pewne okazje od losu w prezencie, nawet jeśli pewne drzwi stawały przede mną otworem, nawet jeśli nie musiałam ich wyważać, to przejście przez nie, przyjęcie daru, wymagało pracy. A praca dla mnie zawsze oznacza przekraczanie samej siebie. Nie wiem czy to dziedzictwo przodków, czy moje osobiste ograniczenie, ale wszelki wysiłek mnie przygnębia. I tak, niestety, mam. Ale na szczęście już potrafię – mimo ogromnej niechęci – owo przygnębienie odłożyć na bok i wziąć się do pracy. Coraz częściej traktuję ją jako inwestycję, i to pomaga. Niekiedy nawet daje satysfakcję. 

czwartek, 4 grudnia 2014

grunt to odpowiedni dział

Opowieść znajomego księgarza o Folwarku zwierzęcym Orwella, wepchniętym przez praktykantkę na półkę z książkami o hodowli zwierząt gospodarskich pamiętam dość dobrze, szczególnie, że powielała historyjkę, którą dyrektor mojego liceum miał zwyczaj zdobywać sympatię klas pierwszych, rocznik po roczniku zresztą. To musiała być w końcówce PRL-u dość popularna anegdota. Bawiła mnie wtedy niepomiernie. Głównie dlatego, że lekturę miałam już zaliczoną i nie musiałam się głupawo uśmiechać, że niby wiem, o co chodzi, a tak naprawdę nie wiem, i o rany, czy oni się aby nie domyślą. Przypomniała mi się, gdy dostałam cynk – cenię w ludziach tego rodzaju dobroduszną czujność na absurdy albo i zwykłe lapsusy (korzystając z okazji, pozdrawiam czujnego czytelnika, któremu się chciało) – że jedna z bibliotek umieściła Alkoholiczkę w higienicznym dziale. 



Po uważnym przemyśleniu sprawy nie mam nic przeciwko temu. Właściwie mogę przyznać takiej lokalizacji rację.
I dzięki temu nowemu spojrzeniu pomyśleć o wydaniu drugim, poprawionym.

poniedziałek, 3 listopada 2014

dom pisarzy

Kraków to piękne miasto. Widziałam już wcześniej. Ale teraz było wyjątkowo. Mgła, że trudno wjechać do miasta (jeszcze nie wiedziałam, że spory udział w szarawej poświacie ma krakowski smog, co jest już odrobinę mniej romantyczne). Był wieczór, mgliście (przy tym pozostańmy, dla dobra klimatu, dla odpowiedniego efektu), niemal tajemniczo. Nocna wyprawa do niebieskiej nyski (pierwsze sentymentalne drgnienie – mój ojciec dawno temu miał niebieską nysę) po pieczone nad ogniem kiełbaski – pyszne, choć normalnie to ostatnia pozycja w moim menu. Zauroczona. Przed nyską i dwoma starszymi mężczyznami spora kolejka (zostałam poinstruowana, że to znak rozpoznawczy – kolejka jest zawsze, nawet nocą, to znaczy tylko nocą, bo kiełbaski z nyski to nocny interes). Przez głowę przeleciała ćwierćmyśl, że to bardzo hipsterskie. Ale dość szybko myśl została sprowadzona do ósemki albo i szesnastki. A potem, choć to nie po drodze, zrobiłam z niej pauzę. Wystarczyło zatopić zęby w kiełbasie. To Kraków. Nie Warszawa. Poza tym, ci goście przyjeżdżają pod Halę Targową już od ponad dwóch dekad.

*


Zostałam ulokowana przez moje Wydawnictwo w naprawdę przyjemnym miejscu i podjęta niemal z honorami, zawożona w kolejne miejsca spotkań i rozmów. I chyba mogłam się poczuć – tak całkiem na serio – jak… pisarz. Bo miałam ku temu wszelkie powody. Nie znalazłam się tam przez pomyłkę lub przypadek. Miły, cichy, komfortowy pokój w Domu Pisarzy. Z wszelkimi urządzeniami i dekoracjami niezbędnymi do zaspokojenia nagłego wilczego głodu. Głodu tworzenia łańcuchów słów. Z uroczym sekretarzykiem w holu. I wspólnym śniadaniem z amerykańskim starym profesorem, rzucającym znad kanapki z pomidorem lakoniczne bon moty. Każde zdanie to złota myśl albo odpowiednio skalibrowana do profesorskiego poziomu small talk. Tak czy owak – raczej filmowo. Czytałam kiedyś (chyba u Klimko-Dobrzanieckiego) o stosunkach autora z pewnym modnym wydawnictwem. Rozmawiałam z kilkorgiem znajomych o ich dalekich od marzeń doświadczeniach. Wygląda na to, że znowu – nieświadomie i niechcący – trafiłam na najlepsze. Może to prawie 150 lat tradycji, doświadczeń i budowania odpowiedniego zaplecza? Może po prostu Kraków? Tu chyba jednak pewne standardy ciągle obowiązują, a „nowoczesne rozwiązania ekonomiczne” nie mieszczą się w głowach. Nie wiem, ale bardzo mi to odpowiada. Dzięki temu podstępne i niszczące pytanie: Po co mi to wszystko? śpi w komórce pod schodami i nie pcha się przed oczy. Pozwala mi spokojnie pracować.